hey, I can be the answer porzadek_alfabetyczny@gazeta.pl
sobota, 24 sierpnia 2013

 

'W stołówce pokazywali, jak zachowywać się przy stole, bo do pracy trafiała młodzież nieoszlifowana'. Dla pani Eugenii Wagińskiej lata 30. XX wieku to 'jakby wczoraj'. 'Przerwa obiadowa trwała dwie godziny.Bez pośpiechu szliśmy do firmowej stołówki na Chmielną. Na miejscu, w klubie,czytaliśmy gazety, graliśmy w ping-ponga. Latem wynosiliśmy leżaki do kawiarni na tarasie.' Wódkę przechowywano u pana Modro w warsztacie. 'W przerwach zlatywali się subiekci z całego sklepu.' W kamienicy przy Chmielnej 21 znajdowała się też 'stacja opieki nad matką i dzieckiem', organizowane były 'wieczorki klubowe', a w niedzielę dzieci pracowników spotykały się na poczęstunek i wspólną zabawę. Jabłkowscy organizowali wyjazdy, wczasy, sekcje sportowe. 'Jak po wojnie o tym opowiadałam, nikt nie chciał mi wierzyć. Niemożliwe, mówił każdy. Przecież nie musieli tego robić.(...) Każdy chciał pracować dla Jabłkowskich.'


'Nie jest to zwykłe miejsce pracy, ale rodzaj szkoły handlowej. To przecież nie jest zwykły sklep, tylko dom towarowy, coś, czego w Polsce jeszcze nie było' Tytuł jest mylący- jakiego 'luksusu'?? 'Cała Warszawa wie, że u Jabłkowskich jest najtaniej.Klientami sklepu są osoby o średnich zarobkach. Bogacze chodzą na Marszałkowską do sklepów z wyszukanym, importowanym towarem.' U Jabłkowskich można było kupić wszystko poza żywnością. Zatrudniali 200 krawców. Na najwyższym piętrze znajdowała się letnia przechowalnia futer i jedyny w stolicy mechaniczny trzepak do dywanów:) A wszystko to stworzone od zera przez ludzi, którzy stracili wszystko i zajęli się handlem. Wbrew myśleniu, które obowiązywało w tamtych czasach, uważali, że 'jest to zawód pełnowartościowy(...) Prawdziwy mężczyzna stroni od polityki i powinien zajmować się gospodarką.' Ale wszystko zaczęło się od komody cioci Anieli: 'firma została stworzona nie przez braci Jabłkowskich, tylko przez ich siostrę, ciocię Anulkę, a bracia się do niej dołączyli, jak już interes dobrze szedł'.


Historia Domu Braci Jabłkowskich to oczywiście również historia Polski. W czasie wojny dom towarowy był miejscem produkcji granatów i szpitalem powstańczym. Potem UNRAA, 'zdecydowaliśmy się wyeliminować posiadaczy jako klasę', rozmowa dyscyplinująca i panowie w czarnych płaszczach, którzy wyrzucają Jabłkowskich na ulicę. W stanie wojennym na placyku przed sklepem stał koksownik, przy którym grzały się wojskowe patrole. Później całe trzecie piętro wynajęli panowie z Art-B. Lata 90. to ciuchy. Wreszcie 'Traffic'. I walka Jabłkowskich o odzyskanie majątku. 


Historia świetna, ale język tej książki rozczarowuje. Ale to chyba szerszy problem. Czytałam ostatnio wywiad z panem, któremu się udało. W skrócie: dziennikarz próbował wpędzić tego pana w poczucie winy i namówić do tego, żeby podzielił się swoimi pieniędzmi. Pan, któremu się udało,cierpliwie tłumaczył panu dziennikarzowi, że nie miałoby to sensu. Niestety, okazuje się, że krwawiące serce potrafi trwale uszkodzić zwoje mózgowe. To chyba dość powszechna przypadłość w kraju, którego język nie pozwala na normalną rozmowę o pieniądzach. Do wyboru mamy 'pieniążki', bankowy i korporacyjny bełkot albo żartobliwie-obraźliwy, infantylizujący styl znany z prasy. Łazarewicz, którego książka jest właściwie rozbudowanym tekstem gazetowym, zdecydował się na ten ostatni sposób. Czytamy więc: 'Nad firmą krążą już sępy wierzycieli', 'Czekają już na niego dostawcy i producenci, by wcisnąć mu swój towar.' 'Tak oto synowie szlachcica i ziemianina stali się kupcami'. Jakbyśmy mentalnie nadal byli towarzystwem z 'Lalki' a 'mówienie o przychodach, stratach i zyskach naruszało reguły dobrego wychowania.'

Po polsku trudno jest też pisać o seksie. '50 twarzy Greya', w oryginale jest głupią książką, która po przetłumaczeniu staje się żenująca. To by znaczyło, że po polsku nie możemy poważnie rozmawiać o tych podstawowych potrzebach (i przyjemnościach) jakimi są seks i pieniądze. Mam nadzieję, że się mylę.

19:04, porzadek_alfabetyczny
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 sierpnia 2013

20:17, porzadek_alfabetyczny
Link Komentarze (3) »

 

Dziś książka, która podobno 'jest niebezpieczna w sposób, w jaki literatura ma być niebezpieczna - budzi uśpioną wrażliwość'. Moja wrażliwość najwyraźniej nie jest jeszcze uśpiona, albo to jeszcze stan uważności, który został mi po lekturze Baumana. Houellebecq nie powiedział mi nic nowego, po prostu pozwolił na luksus rozmyślania o rzeczach, o których w ciągu dnia celowo nie myślę, żeby jakoś funkcjonować. 


Niestety, Houellebecq bywa też efektowny i błyskotliwy, co zawsze robi na mnie wrażenie, ale czego ostatecznie nie cenię.


Jest też coś niepokojącego w tym, jak modlą się do niego dwie znajome osoby, które marnie radzą sobie z życiem i które u pana H. znalazły wytłumaczenie dlaczego. Z takim czytaniem nie chcę mieć nic wspólnego.Z innym, jak najbardziej.


Czytałam kiedyś 'Poszerzenie pola walki' z Ówczesnym Aktualnym. Ja byłam zachwycona. On powiedział: 'Nie jest tak źle, jak on pisze'. Fajnie byłoby usłyszeć w tym zdaniu naiwność i energię człowieka, który ma nadzieję żyć inaczej. Niestety ja słyszałam raczej: 'Jest tak źle, jak pisze pan H., ale ja nie umiem sobie z tym poradzić i będę udawał, że jest super!' Ludzie, którzy się boją, brzydko pachną, prawda? Myślę, że Houellebecq ma rację, ale jakoś mnie to nie dołuje. Czuję ulgę, że ktoś to napisał. 'Z moich, skromnych co prawda, rozważań wynikało, że kultura to tylko niezbędna rekompensata za nieszczęścia, jakie na nas spadają'. I kiedy książka jest tak dobra jak 'Platforma', jest to nie tylko niezbędna, ale chwilami nawet wystarczająca rekompensata.

20:08, porzadek_alfabetyczny
Link Komentarze (2) »
sobota, 17 sierpnia 2013

 

Wszyscy jesteśmy Amerykanami, tak jak kiedyś wszystkie zdradzające kobiety były Annami Kareninami. To pewien model zachowania, okazywania emocji, radzenia sobie z problemami. Cheryl Strayed w 'Dzikiej drodze' opisuje przejście od rozpaczy ('czułam, że moje prawdziwe życie istnieje, ale jest nieosiągalne') do nadziei, od bycia 'kobietą z dziurą w sercu', przez samotność (' tego ranka czułam się najbardziej samotna na świecie. Może naprawdę tak było. I może nie było w tym nic złego'), odwagę ( 'Może w końcu pokonałam taką odległość, że starczyło mi odwagi, by się bać'), aż do momentu, gdy staje się 'zarówno kobietą, jaką wiedziałam, że mogę się stać, jak i dziewczyną, jaką kiedyś byłam'. Ten model jest tak klasyczny, że można by podejrzewać autorkę o wymyślenie tej historii, a także niedźwiedzi, grzechotników, śniegu, seksistowskich prawie-gwałcicieli i nawiedzonej Szwajcarki przy wygodnym biurku, z przewodnikiem po Pacific Crest Trail pod ręką. A jednak książka ta broni się dzięki osobistym szczegółom, wnikliwym obserwacjom, które nie mogłyby powstać bez wyjścia daleko od domu, a przede wszystkim dzięki przyjemności, jaką daje śledzenie narodzin pisarki i jej unikalnego stylu. Właśnie dlatego zaraz po zakończeniu lektury zaczęłam czytać jej 'Tiny beautiful things', które okazały się tak dobre, jak 'Dzika droga' ale i dzielące jej słabości. Pewnie, że emocje to ocean, w którym możemy pławić się przez kilkaset stron i mieć ochotę na więcej. Autorka i jej znajomi są specjalistami w nurkowaniu. Ale czy naprawdę jedynym sposobem na wyjście z rozpaczy jest szukanie ratunku w samej sobie? Och, nie żebym siebie szukała. Ile można zajmować się sobą? Szukałam po prostu dobrej książki. A teraz, po lekturze, próbuję znaleźć jakąś alternatywę dla tej obowiązującej drogi do uzdrowienia i - oczywiście- pierwsze co przychodzi mi na myśl to ta scena z 'Adaptacji', w której znudzona Meryl Streep siedzi przy stole ze znajomymi i myśli: 'I wanna know what it feels like to care about something passionately' Mieć bzika, pasję, coś ciekawszego niż hodowanie i obserwowanie własnych smutków. Mój ulubiony sposób. Ale 'Adaptacja' to też amerykański film. Wszyscy jesteśmy Amerykanami.

11:39, porzadek_alfabetyczny
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 sierpnia 2013

Kiedy ja w hotelu bujałam klapkiem na stopie i podśmiewałam się z klasy średniej ( 'Z czego się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie'), mój pies był pod opieką mojego ulubionego mężczyzny. Oddałam skłonnego do kilkugodzinnych ucieczek luja - futrzaka w obsikanych spodniach. Po powrocie przywitał mnie chórzysta, chłopczyk ze zdjęcia komunijnego, świeży i niewinny. Jeśli taka metamorfoza jest możliwa, możliwe jest wszystko i z tą myślą przystąpiłam do lektury 'Lekcji Madame Chic'.

Książka wpisuje się w pewien nurt, który roboczo nazwałabym 'They should get some culture'. Tak własnie mruczała, kręcąc z niedowierzaniem głową, Francuzka, z którą w czasach studenckich podróżowałam po USA. Mnie pytano, czy szukam męża,i czy często byłam głodna w dzieciństwie. Francuzkę pewna Amerykanka spytała, po co przyjechała do Stanów, skoro we Francji wszystko jest lepsze. I chociaż od tej podróży minęło 15 lat, najwyraźniej niewiele się zmieniło. Druckerman wyjeżdża do Paryża i dowiaduje się, jak wychowywać dzieci i nie oszaleć ('W Paryżu dzieci nie grymaszą'), Powell wyrzuca sprane majtki i odkrywa, że upijanie się do nieprzytomności nie jest sexy ('Dlatego Francuzki są takie sexy'), a Jennifer L. Scott postanawia napisać instruktaż, jak krok po kroku stać się chic.

Książka to niezwykłe połączenie francuskiego przekonania o doskonałości i amerykańskiej wiary w samodoskonalenie. Każdy rozdzialik jest króciutki, jasny i zakończony listą zadań do wprowadzenia w życie. Styl książki jest absolutnym przeciwieństwem meandrującego tekstu, który właśnie czytacie. I chociaż amerykańskie podejście do francuskiego 'je ne sais quoi' owocuje także kuriozalnymi rozdziałami typu 'Bądź tajemnicza' z przykładową rozmową w której nie zdradzamy zbyt wiele ( pani Scott, prosimy jeszcze o rozdział o słynnym francuskim wzruszaniu ramion, z instrukcją obrazkową!) to powstrzymam się od dalszych złośliwości z tego prostego powodu, że ta książka _działa_. Tak, zrobiłam porządek w szafie z ubraniami ('Bałagan nie jest chic'). Jasne, niby od pięciu lat wiedziałam, że powinnam to zrobić, ale wiedzieć i nie robić znaczy nie wiedzieć. Pani Scott udało się mnie przekonać. Porządki trwały (z przerwami na narzekanie na cholerną Madame Chic) jakieś 3 dni. Zgadnijcie czy korzystałam ostatnio z windy albo czy jadłam coś idąc ulicą. Mogłabym pisać dalej. Zamiast tego ostrzegam, jeśli nie chcecie przy podjadaniu między posiłkami mieć nieprzyjemnego poczucia, że Madame Chic patrzy i unosi brew, nie czytajcie tej książki:)

23:26, porzadek_alfabetyczny
Link Komentarze (2) »
niedziela, 04 sierpnia 2013

 

Jeśli tak jak ja przez kilka dni marnujecie czas w starannie wybranym miejscu odpowiadającym waszemu statusowi społecznemu, możecie pilnie potrzebować ratunku. W moim przypadku otaczają mnie dość zadowoleni z siebie, ale jeszcze spięci po wielomiesięcznym biegu właściciele zbyt drogich japonek, mężowie lekko śniętych wypielęgnowanych blondynek, rodzice, którzy nie chcą, by ich dzieci zbytnio ubrudziły się rzeczywistością. Słowem, piekło, które potrafi zorganizować tylko klasa średnia. Co by tu poczytać? Myślę, że pora wykonać 'zamach na waszą egzystencję, aspiracje, wzniosłe plany, na całą waszą osobę, na cały wasz majestat'. Czas na antyporadnik 'Fiasko'. 'Koniec z mitologią sukcesu. Czas na misterium porażki'. Jakby nie czytać, będzie bolało. A na deser ' the greatest novel you have never read', książka, którą bym przegapiła, gdyby mi jej McEwan palcem nie wskazał. 'Stoner'. Kronika zapowiedzianej klęski, kronika upadków miłosnych, 'an escape into reality', kolejny dowód na to, że prostym językiem można pisać o najtrudniejszych sprawach, a najlepszym literackim fajerwerkiem nie jest wymyślna fabuła, tylko inteligencja autora (i wiara w inteligencję czytelnika) i ten rodzaj dociekliwości, który prowadzi bohatera poza 'easy luxury of guilt' i inne gotowce aż do zrozumienia i ukojenia.

 

00:04, porzadek_alfabetyczny
Link Komentarze (2) »
środa, 24 lipca 2013

!

 

Szczygieł napisał kiedyś, że Kapuściński byłby (jeszcze) lepszym reporterem, gdyby zdecydował się na terapię. Nie wiem, czy pomogłaby panu Binetowi i Carrère, ale na pewno mi, czytelniczce, byłoby lżej. Mogłabym wtedy przeczytać książkę o zamachu w Pradze (o tym podobno jest 'HHhH') i o Limonowie (o tym podobno jest 'Limonow'). O mazgajstwie Bineta już pisałam ( http://porzadekalfabetyczny.blox.pl/2011/09/are-you-game.html) dziś Carrère: 'Byłem grzecznym dzieckiem, a później przeuczonym nastolatkiem. Smutno mi, że opowiadam z tak małą wyrozumiałością o nastolatku i bardzo młodym mężczyźnie, którym byłem. Wolałbym go lubić, pogodzić się z nim, ale nie potrafię. Wydaje mi się, że byłem sterroryzowany: przez życie, przez innych, przez siebie samego.' Czytałam kiedyś wywiad z Pawlikowskim i on opisał ten problem następująco: ' Jak się żyje w takim dobrze zorganizowanym państwie, gdzie większość ludzi jest sformatowana i gdzie nikomu o nic nie chodzi, to rzeczywiście pociąga świat,gdzie są inne siły, gdzie ludzie są albo niepojęcie szlachetni i dobrzy,albo nieprzewidywalny i przerażający.' Na kłopoty Limonow! Carrère: 'Limonow był naszym barbarzyńcą, naszym łobuzem — uwielbialiśmy go!(...) 'pomyślałem, że jego barwne i awanturnicze życie o czymś mówi. Nie tylko o nim, o Limonowie, nie tylko o Rosji, lecz o historii nas wszystkich od zakończenia drugiej wojny światowej.Tak, opowiada coś, ale co? Piszę tę książkę, żeby się tego dowiedzieć' I dowiaduje się, że, jak zwykle, na Zachód jedzie się w sprawie kasy, a na Wschód, w sprawie duszy. Tak jak Vitez:'Twarze — mówi — są tu prawdziwe, wyrzeźbione, wyłupane, tymczasem na Zachodzie wszędzie widać gładkie twarzyczki bobasów. Na Zachodzie wszystko jest dozwolone i nic nie ma znaczenia, tu jest odwrotnie: nic nie jest dozwolone, wszystko ma znaczenie, i Vitez najwyraźniej uważa, że tak jest lepiej. Dlatego niechętnie zaakceptuje zachodzące właśnie zmiany. Oczywiście nie można być przeciwko wolności ani nawet przeciwko dobrobytowi, ale nie można dopuścić, by kraj zgubił swą duszę. Eduard myśli, że dość łatwo jest, gdy samemu ma się wolność i dobrobyt, chcieć oszczędzić go innym dla dobra ich duszy.'


Tymczasem wszystko, co trzeba wiedzieć o Limonowie, można przeczytać już na pierwszej stronie jego książki 'To ja, Ediczka': 'wolę jak patrzą' Carrère pisze po prostu o wszystkich sposobach, które Limonow wybrał, żeby zwrócić na siebie uwagę.'A to, co ma w głowie, jest wstrętne, ale trzeba mu przyznać, że jest uczciwy wobec tego, co nim miota: resentymenty, zazdrość, nienawiść klasowa, sadystyczne fantazje, a przy tym żadnej hipokryzji, żadnego wstydu, żadnej wymówki.'


Wszystko, co trzeba wiedzieć o Carrère, zawiera się w tym fragmencie:'Na jego znak reszta zaczyna obmacywać dziewczyny. Jeszcze chwila, a dojdzie do gwałtu. Jedną już rozebrali, jest gruba, o białej skórze, to musi być robolka z Saltowa. Chłopaki po kolei wkładają jej palce do cipy.' Tak pisze współuczestnik, a nie biograf. Carrère tak bardzo nie chce być grzecznym chłopcem z Francji, że zupełnie traci wyczucie.

13:50, porzadek_alfabetyczny
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 lipca 2013

 

Wszystko zaczęło się od trzpiotowatej reklamy Dior Addict. Potem jakaś miss intelektu napisała o tych perfumach: 'mans go crazy' i już, już wychodziłam, ale jednak coś nie dawało mi spokoju. Ktoś do mnie puszczał oko w tej reklamie, a ja nie potrafiłam odmrugnąć. BB była dla mnie specjalistką od odętych ust i nachalnej seksualności, nikim więcej. 


Lelievre narzuciła od początku takie tempo, że przestraszyłam się już czytając pierwszy rozdział. Różowa strona, na niej wyznanie: 'I love Bardot' a chwilę później: 'Geometria jej ud wywiera nieodwracalny wpływ - tak jak niektóre znaczące katastrofy odciskają piętno na osobistym losie.' (??) Rozdział uratował cytat z Jeana Cocteau: 'Sukces zawsze zasługuje na to, by się nad nim zastanowić, bo nie mógłby się narodzić bez motywacji, a owa motywacja stanowi informację o duchu epoki.' Postanowiłam poczekać, licząc na to, że mi się ten duch ukaże.


Lelievre tymczasem oprowadza mnie po mieszkaniu i mieszczaństwie i kartkuje smutne i biedne powojenne magazyny z czasów, gdy BB nie wiedziała jeszcze, że jest piękna. Bardot trafiła się doskonała autorka, zakochana, ale nie ślepo, ciekawa, ale nie poszukująca skandalu i nie kąsająca po łydkach. Towarzyszymy BB na planach filmowych i w Saint Tropez (uwielbiam historie o tym, skąd wzięły się słynne miasta). W pewnej chwili zorientowałam się, że BB _musiała_się Francji przydarzyć. Ktoś musiał zacząć się śmiać, inaczej chodzić, zapomnieć o biustonoszu a potem po prostu się rozebrać. I musiała to zrobić dziewczyna z dobrego domu, bo przykład idzie z góry. Dopiero czytając tę książkę zorientowałam się, jak aseptyczne w porównaniu z Bardot wydają się aktorki amerykańskie, Bardot to 'Monroe bez purytanizmu'. 


'Bardot jest obdarzona wyjątkową słoneczną energią, ożywiającą i zaraźliwą siłą, która zaczarowała lata sześćdziesiąte'. Posłuchajcie jej piosenek w pochmurny dzień i zobaczcie, jak wychodzi słońce a rodzina zaczyna sobie pogwizdywać. Lekkość jest zaraźliwa. Kiedy pod koniec książki przyjaciółka Bardot pisze: 'To normalne, że spotkała Cię taka sława. Promieniowałaś szczęściem, młodością. Słońce zdawało się świecić w Twoim wnętrzu.' mogę tylko przytaknąć. I wreszcie puścić oko do Jonasa Åkerlunda ;)

 

12:35, porzadek_alfabetyczny , tak
Link Komentarze (2) »

 

 

Aż do południa szczęście w kremie albo w spray'u, mądrości ze słuchanych jednym uchem piosenek z radia. Jasne, życie w wersji instant, pobieżne i zachłanne, szybko zamieszane łyżeczką i wypite kiedy jeszcze parzy usta, ma swój urok, i inne wydaje się być szukaniem dziury w całym. Ale może jest tak, że całość nie istnieje... Być może 'życie to surfing' i 'nie należy zbytnio komplikować spraw', ale Henry James proponuje inną opcję. Można ją wyśmiać, można ją sparodiować, i wielu próbowało, szczególnie zawiły styl jego późnych powieści. Są jednak dni kiedy mu wierzę i dziś właśnie jest taki dzień. '- Ile jest historii? - Tyle ilu jest ludzi.'

***

Dawno, dawno temu, tak dawno, że pamięć zaczyna walczyć z niepamięcią, dostałam pewnego mejla. Jego autor informował mnie, że nie jest w stanie pisać tak długich i starannych mejli, jakbym sobie życzyła. Wcześniej ja _odmówiłam_ uznania za mejl do mnie jakiegoś gładkiego tekstu skierowanego do kogokolwiek, linków do czegoś tam, półzdań i półmyśli. Znamy się pół życia, bywa że nie znajdujemy dla siebie czasu lub chęci przez kilka lat, ale potem piszemy. O tym i owym, czasem o pierdutkach, ale - do tej pory- nigdy byle jak. Co się zmieniło? Może to, że jestem tylko jedną z 255 jego znajomych na fcbku. Wychodzi na to, że pół zdania i link to sprawiedliwa dawka uwagi. Ale ja z uporem odmawiam. What would HJ do? Wyobrażam sobie wielostronicowy list na cieniutkim papierze. Widzę jego kolor i słyszę jak szeleszczą kartki. Czytam długie, wijące się zdania. Niech ktoś mnie spróbuje namówić na powrót do XXI wieku i tego cwanego tłumaczenia bylejakości pośpiechem.

12:35, porzadek_alfabetyczny , tak
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 lipca 2013

 



To się zawsze źle kończy, zamknąć grupę ludzi i odciąć dopływ (i odpływ) informacji. To świetny pomysł na dobrą powieść i fatalny sposób na życie.Tym razem to jednak non-fiction.'Amerykanie stworzyli miasto, którego jedyny cel miał pozostać utajniony nie tylko przed zewnętrznym światem, ale również przed większością jego własnych mieszkańców'. Wszystko po to, by skonstruować najpotworniejszą, a zarazem wyjątkowo pożyteczną rzecz.Trudno jednak czytać tekst, gdy w głowie odpyskowuje natychmiast inny. Pani Kiernan pisze o 'uśmiechniętych młodych ludziach wychodzących przez bramę fabryki po zakończonej zmianie' ja słyszę 'Wielka migracja przemysł budująca, nie znana Polsce, ale znana dziejom,karmiona pustką wielkich słów' Kiedy ona pisze 'W mieście takim jak Oak Ridge, gdy ktoś zerwał z dziewczyną lub chłopakiem, szukał sobie po prostu kogoś nowego.' ja słyszę 'żeńskie hotele, te świeckie klasztory,trzeszczą od tarła, a potem grafinie miotu pozbędą się – Wisła tu płynie.' Tak się nie da. Próbuję więc wyobrazić sobie, jak by to było, pamiętać Wielki Kryzys i nagle dostać ofertę pracy nie wiadomo gdzie i nie wiadomo na jak długo i po prostu wsiąść do pociągu ( 'Ze wsi, z miasteczek wagonami jadą zbudować hutę, wyczarować miasto') A potem nosić buty w rękach idąc przez błoto między barakiem mieszkalnym a fabryką (' człapią i gwiżdżą w błotnistych ulicach') i nie narzekać na 16 godzinne zmiany. Chodzić na randki w stołówkach, szyć sukienki ze spadochronów i nauczyć się, jak na kolację przygotować wiewiórkę. Próbuję i nie umiem. A Ważyk w mojej głowie od razu podpowiada: 'Czy zabrakło mi daru widzenia, czy daru wygodnej ślepoty?'


Ciekawe, że inni pisarze tak szybko znajdują mój punkt O, a Kiernan nie potrafi mnie przekonać do tej optymistycznej wersji wydarzeń, którą przedstawia w pisanej przez 7 lat książce. O swoich bohaterach pisze: 'Miałam niewątpliwy zaszczyt poznać ich, rozmawiać z nimi, a także wspólnie śmiać się i płakać, gdy opowiadali mi o swoim życiu w tajnym mieście.' Rozumiem, że stali się jej bliscy, a 'opowiedzenie historii bomby atomowej nie jest łatwym zadaniem, wymaga taktu i wrażliwości, umiejętnego balansowania pomiędzy entuzjazmem i radością a szacunkiem dla ofiar'. Im bardziej Kiernan jest zrównoważona, tym bardziej we mnie narasta złość i skupiam się na tych fragmentach, w których autorka ze spokojem opisuje, jak pierwszy raz w historii celowo zaprojektowano dzielnice nędzy, albo jak bezkarnie przeprowadzano eksperymenty na pewnym czarnoskórym pacjencie szpitala. 
I na koniec jednak klikam 'like' bo lubię, kiedy książka wyprowadza mnie z równowagi.

22:29, porzadek_alfabetyczny , a może tak a może nie
Link Komentarze (2) »
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            


Najlepsze Blogi
Porządek Alfabetyczny
Utwórz swoją wizytówkę