hey, I can be the answer porzadek_alfabetyczny@gazeta.pl
Kategorie: Wszystkie | a może tak a może nie | chcę chcę chcę | drobiazgi | lekcje czytania | literatura spożywcza | nie | tak | wypisy
RSS

a może tak a może nie

wtorek, 26 maja 2015

Dobra wiadomość: Cunningham napisał tym razem lepszą książkę. Zła wiadomość: ostatnia jego powieść była tak marna, że łatwiej chyba było napisać coś lepszego niż jeszcze gorszego. Przed rozpoczęciem lektury proponuję oczyścić książkę z blurbu, złotego pyłu, tych niejasnych obietnic 'niebiańskiej światłości', objawień, spotkań z boskim okiem itp. Po tej kuracji zostanie po prostu dobra - chwilami bardzo dobra- powieść obyczajowa. Gdyby była filmem, to takim, jaki ogląda się raczej uchem (dialogi!) niż okiem, przygotowując jednocześnie ulubiony sos do makaronu. Cunningham stworzył celny i gorzki obrazek z życia ludzi, którzy nie są w stanie zainteresować się nikim poza sobą, którzy przegrywają dzień za dniem, przemeblowując siebie i szukając wyłącznie w sobie brakujących części. Podejrzewam jednak, że autor nie rozpoznałby w tym opisie własnego dzieła, bo chciał napisać zupełnie coś innego... Sam zresztą jest doskonale (hmmm...jak to ładnie ująć?) samowystarczalny, jak zauważyłam oglądając filmik ze spotkania promującego 'Królową'...


Jakiś czas temu - no dobrze, dwa lata temu, ale jak wiecie nie jestem zbyt rącza jeśli chodzi o pisanie i odpisywanie- dostałam mejla, w którym to mejlu pan przyznaje, że lubi mojego bloga, ale że mu ten mój blog nie pomaga, bo ostatecznie i tak nie wiadomo, czy warto czy nie warto czytać. To ja może spróbuję tym razem udzielić pomocy: otóż, drogi panie M., jeśli chcesz pan być wybatożony intelektualnie lub posmerany duchowo, nie czytaj pan tej książki.

11:52, porzadek_alfabetyczny , a może tak a może nie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 sierpnia 2014

 

Ajmsory, ale czytam i czytam i jakoś ostatnio nic mi się nie podoba. Nic poza tą definicją kiczu: 'kicz to społeczne przyzwolenie na przyjemność płynącą z cichego porozumienia i uczestnictwa w umiarkowanym i uspokajającym "złym guście"'Kicz Unii Europejskiej. Kicz Powstania Warszawskiego (in progress). I wreszcie kicz feministyczny w najnowszej powieści Plebanek. A mogło być tak dobrze. Bo wreszcie ktoś pisze po polsku- chociaż nie z Polski i może właśnie dlatego się udało - o tym, że można pragnąć dwóch mężczyzn w tym samym momencie życia i nie chcieć wybierać, tylko brać. Że można nie chcieć mieć męża i w ogóle nie dążyć do udomowienia, obrączkowania i wzajemnej adoracji. Że można pisać o seksie i nie Grey'ić. Pięknie. Szkoda jednak, że 'Bokserka' jest książką z tezą, a powieści z tezą bywają co najwyżej przeciętne. 'Kicz znajduje się w pół drogi między tym, co akceptowane, a tym, co pociąga nowością'. Kobiety u Plebanek są inne niż te, które znamy z rozlewisk. I dobrze. Ale Plebanek wymaga od nich tak dużo, że stają się karykaturalne, komiksowe. Ze wszystkim dają sobie radę i nieustannie motywują się nawzajem, fajterki 24/7. I te złote myśli: 'znajdź swój środek, wokół niego buduj równowagę' Rozumiem, od czego Plebanek chce mnie uwolnić i dokąd chce mnie zabrać, ale czemu takimi środkami?

10:15, porzadek_alfabetyczny , a może tak a może nie
Link Dodaj komentarz »
środa, 06 sierpnia 2014

'Nowa, lepsza Zadie Smith'? Hmmmm...Przede wszystkim, Zadie Smith ma w Polsce szczęście do dobrych tłumaczy i uważnych korektorów. Czytając 'Amerykaanę' miałam chwilami wrażenie, że jestem pierwszą osobą zapoznającą się z tekstem, a nie był to prebook, któremu można by jeszcze wybaczyć literówki, niezborność - chwilami na granicy zrozumiałości- i kurioza w rodzaju 'latam za tobą' z finałowej sceny. Po drugie, Zadie Smith wie wszystko o powieści, bawi się tym gatunkiem, eksperymentuje, w 'NW' naprawdę się rozhulała, ale zawsze pisze,a nie popisuje się i nie zapomina,że powieści czytamy dla przyjemności. Czytajac 'NW' miałam dziwne wrażenie, jakbyśmy wszyscy byli londyńczykami, jakby świat zmalał,nie było już podziału na rasy tylko na klasy. Wydawało mi się to trochę zbyt proste, chociaż Smith jest bardzo przekonująca. Adichie dostrzega dużo więcej, i w tym faktycznie jest lepsza. Jej bohaterka wyjeżdża do wymarzonej Ameryki, odnosi sukces a potem wraca do ojczyzny ('uświęcona, pokryta dodatkową, lśniącą powłoką'), przez ponad 700 stron próbując wszystkiego, uczestnicząc, ale nigdzie tak naprawdę nie przynależąc. To, jak się niby jest ale w sumie nie jest w jakiejś grupie, to jak się gdzieś idealnie pasuje ale właśnie tam brakuje nam tlenu - Adichie wychwyciła wszystkie niuanse. Świetne są trafne drobiazgi takie jak: 'agresywna serdeczność','życzliwa zazdrość', 'zjadliwy podziw', 'atmosfera napiętej nostalgii'. Bardzo ciekawe są wpisy z bloga bohaterki. Wkrótce jednak powieść zamienia się w historię śledzenia pewnej idei, a główna bohaterka staje się ulubienicą autorki. Jest inteligentna, dobra, och-taka-wrażliwa, i niezmiernie irytująca. Po 500 stronach miałam jej serdecznie dość i musiałam zrobić sobie dłuuuuugą przerwę w czytaniu. To, co Adichie ma do powiedzenia o rasie jest bardzo ciekawe, ale powieść zawsze wydawała mi się królestwem życia, a nie sceną, na której ustawia się bohaterów, zmienia dekoracje, ale nieustannie każe rozmawiać tylko o jednym. I to amerykańskie zakończenie... Najpierw czytamy o maniakalnym amerykańskim optymizmie, który jednocześnie 'urzeka i brzydzi' po czym dostajemy happy-end, bo przecież autorka musiała zadbać o swoją ulubienicę...'Amerykaana' jest jedną z najciekawszych książek, jakie ostatnio czytałam, ale moim zdaniem średnio udaną powieścią.


00:20, porzadek_alfabetyczny , a może tak a może nie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 kwietnia 2014

Jak trwoga, to niekoniecznie do Boga, można też uciec się pod opiekę rozumu. 'Wszechświat kontra Alex Woods' jest powieścią o ateiście/ racjonaliście/ wielbicielu sarkazmu i (podobno) ukrytej pod nim mądrości Kurta Vonneguta. Jest też opowieścią o chłopcu, który spotyka mężczyznę i dorasta. Kiedy byłam mała, zauważyłam, że nie ma takich książek o dziewczynkach i mocno chłopcom zazdrościłam. Ach, myślałam, żeby tak ktoś podarował mi instrukcję obsługi samej siebie i życia! Na szczęście mi przeszło.



Alex jest ostrożny, racjonalny, zaplanowany od A do Z. Cóż, nic dziwnego, skoro jego powieściowy świat to bezmyślna i agresywna grupa rówieśników ze szkoły i odklejona od rzeczywistości matka, która wróży z kart i prowadzi sklep z artykułami dla zagubionych dusz. Alex ucieka z tego świata najdalej jak może i trudno mu się dziwić. Niestety ucieka też przy okazji od samego życia. Szwajcaria w tej powieści to nie tylko miejsce, gdzie można godnie i higieniczne popełnić samobójstwo. To także pewien stan umysłu. Świetna metoda by umrzeć, dobry materiał na powieść, ale smutny sposób na życie, które jest przecież piękną katastrofą. 'Life is to be lived, not controlled; and humanity is won by continuing to play in face of certain defeat.' Trzeba pielęgnować szaleństwo, prawda? O tym w tej powieści nie ma ani słowa.


Oczywiście, to po prostu przyjemna książka, z rodzaju tych, które 'dają do myślenia', ale niekoniecznie do niego zmuszają, można po prostu cieszyć się samą historią zamiast, tak jak ja, szukać dziury w całym. Dla mnie jednak 'Wszechświat kontra Alex Woods' to swego rodzaju cautionary tale o smutku racjonalistów.

12:00, porzadek_alfabetyczny , a może tak a może nie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 lutego 2014

Czego się spodziewałam? Książki, która będzie śmieszna na początku, śmieszno- straszna w środku i straszna na końcu. I Timur Vermes dokładnie taką książkę napisał. A więc zero niespodzianek, ale mimo to sporo przyjemności z lektury. Niektóre aluzje do współczesnej niemieckiej polityki są dla mnie niezrozumiałe, pewnie bawiłabym się jeszcze lepiej, gdybym potrafiła te małe żarciki-przytyki rozszyfrować. 


Najlepiej skomentowała sukces Hitlera pewna pani, wyznając mu: 'Może i jest pan straszny, ale przynajmniej nie jest pan nudny.' Bo Niemcy 2011 nudzą się. Pytani o poglądy polityczne ziewają, bredzą coś w stylu 'Te całe partie i reszta, to wszystko to przecież jedno szambo' albo wyrażają frustracje zamiast poglądów. Jak zwykle, 'najniższe instynkty ludzi są najpewniejszymi sprzymierzeńcami'.


Nie zabrakło w książce sceny, w której ktoś pyta Hitlera o Żydów. Wnuczka Żydówki ze łzami w oczach pokazuje Hitlerowi zdjęcie rodziny, której nigdy nie mogła poznać i mówi, że ze względu na babcię nie będzie już mogła dla niego pracować. Hitler błyskawicznie uspokaja zapłakaną panienkę, wspomina też o wizycie u babci, której wystarczyło okazać 'grzeczne zainteresowanie (...) Co się zaś tyczyło jakichś obiekcji w sprawach światopoglądowych, to od tego momentu dama i tak już słyszała tylko to, co chciała usłyszeć.' Nie jesteśmy świadkami tej rozmowy, chociaż inne - z dziennikarzami, politykami, producentami telewizyjnymi - autor z lubością rozpisuje na dialogi. Dlaczego? Czy autor jest aż tak niepoprawny politycznie, że nie uważa tej rozmowy za wystarczająco ważną czy zwyczajnie stchórzył? Nie wiem, czy bardziej Hitler kpi tu z Żydów, czy Vermes z czytelnika.

20:10, porzadek_alfabetyczny , a może tak a może nie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 19 grudnia 2013

Podobno trzydziestolatki w moskiewskim metrze czytają Pielewina. Nic dziwnego, łatwo go czytać i łatwo go lubić. W jego książce wszystko jest możliwe i wszystko jest śmiechu warte. Dla mnie jednak to trochę za mało, a obawiam się,że poszukiwanie w tej książce drugiego dna byłoby tak samo ryzykowne, jak zaglądanie w duszę generała Szmygi: "podejrzewam, ze natrafilibyśmy tam na płytkie blaszane dno, przykryte bojowym kamuflażem i udające 'otchłań'".


'Napój ananasowy dla pięknej damy' to inteligentna psota, chłopięcy wybryk, ale absolutnie nic nie czułam czytając ten uroczy zbiór historii. Może gdybym czytała innego dnia, pasowałoby mi to, że jest to tylko ćwiczenie z wyobraźni i nie chodzi tu o wywołanie jakichkolwiek emocji. Może gdybym mieszkała w Rosji i musiała 'stale podnosić swoją metafizyczną gotowość bojową';) cieszyłabym się z tego, jak Pielewin skubie Putina po łydkach, ale z mojej perspektywy książka raczej traci na tej doraźności. Poza tym, czytając pierwszą część, przypomniałam sobie, dlaczego moja przygoda z substancjami szkodliwymi zakończyła się równie szybko, jak się zaczęła: próbując czegokolwiek jest się towarzysko zmuszonym do wysłuchiwania czasem nudnych, a czasem wręcz intelektualnie żenujących opowieści współbraczy. Pielewin jest za bystry, żeby być żenujący, ale nudny niestety bywa. 


Pielewin mnie rozczarował, ale znalazłam u niego kilka skarbów, takich jak ten:'Mężczyzna był kulisty jak słońce i łysy, z pokorną, a zarazem chytrą twarzą. Przypominał bochenek z rosyjskiej bajki, który w młodości miał rozmowę z niedźwiedziem- prokuratorem i zapamiętał raz na zawsze, że w Rosji jest po prostu małą bułką, która nigdy przed nikim nie ucieknie; z czasem przywykł do tego skromnego statusu, jakoś się urządził i całkiem gładko się turlał.' I, kilka stron dalej: 'O dziwo, od razu przestał wyglądać jak bochenek i przypominał teraz zmęczonego śledczego, całkiem ludzkiego faceta, który jednak z powodu braków kadrowych musi na zmianę robić za dobrego i złego policjanta.'

13:09, porzadek_alfabetyczny , a może tak a może nie
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 października 2013

Niemal w tym samym czasie wspaniała i irytująca, świeża i banalna. Najlepsza, rewelacyjna, kiedy Rejmer ufa swojej intuicji, jednocześnie wymagając od siebie tego co najlepsze. Słaba i pretensjonalna, gdy autorka pozwala wtrącać się do książki 'Tomkowi z turkusowym fularem pod szyją' i zamienia wyprawę w pseudointelektualne, rekreacyjne nawiedzanie ubogich.

17:44, porzadek_alfabetyczny , a może tak a może nie
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 września 2013

Czego to się człowiek nie dowie, czytając! Ja zorientowałam się, że jestem mięsożerna także jeśli chodzi o literaturę. Kiedy Katarzyna Maicher proponuje mi danie złożone w 80% z wrażliwości i delikatności, a w 20% z literackiego mięsa, jaką jest fabuła, czuję niedosyt. Tak, pięknie i zmysłowo opisuje dzieciństwo w zielonej dzielnicy. Tak, jej bohaterowie przypominają mi tych z książek ulubionej Rachel Cusk - 'everyone is sad, little is done'. Tak, napięcie w książce jest umiejętnie konstruowane, wręcz nieznośne, a Maicher świetnie pisze/nie-pisze o tym, co próbuje nazwać i przed czym jednocześnie próbuje się chronić, co chce zobaczyć, ale za chwilę ze strachu zamyka oczy. To swego rodzaju thriller psychologiczny, ale Maicher nie używa w nim żadnych efektów specjalnych,i dobrze. Moim zdaniem istnieje jednak niepisana umowa między czytelnikiem a autorem, i autorka obiecała mi coś, czego w książce zabrakło, a co mam nadzieję znaleźć w kolejnej jej powieści. Dlatego zamiast ocenić książkę jako 'dobrą', wolę nazwać ją 'obiecującą' i czekać na więcej. A tymczasem wybieram się na ryby z McCarthym.

12:08, porzadek_alfabetyczny , a może tak a może nie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 lipca 2013

 



To się zawsze źle kończy, zamknąć grupę ludzi i odciąć dopływ (i odpływ) informacji. To świetny pomysł na dobrą powieść i fatalny sposób na życie.Tym razem to jednak non-fiction.'Amerykanie stworzyli miasto, którego jedyny cel miał pozostać utajniony nie tylko przed zewnętrznym światem, ale również przed większością jego własnych mieszkańców'. Wszystko po to, by skonstruować najpotworniejszą, a zarazem wyjątkowo pożyteczną rzecz.Trudno jednak czytać tekst, gdy w głowie odpyskowuje natychmiast inny. Pani Kiernan pisze o 'uśmiechniętych młodych ludziach wychodzących przez bramę fabryki po zakończonej zmianie' ja słyszę 'Wielka migracja przemysł budująca, nie znana Polsce, ale znana dziejom,karmiona pustką wielkich słów' Kiedy ona pisze 'W mieście takim jak Oak Ridge, gdy ktoś zerwał z dziewczyną lub chłopakiem, szukał sobie po prostu kogoś nowego.' ja słyszę 'żeńskie hotele, te świeckie klasztory,trzeszczą od tarła, a potem grafinie miotu pozbędą się – Wisła tu płynie.' Tak się nie da. Próbuję więc wyobrazić sobie, jak by to było, pamiętać Wielki Kryzys i nagle dostać ofertę pracy nie wiadomo gdzie i nie wiadomo na jak długo i po prostu wsiąść do pociągu ( 'Ze wsi, z miasteczek wagonami jadą zbudować hutę, wyczarować miasto') A potem nosić buty w rękach idąc przez błoto między barakiem mieszkalnym a fabryką (' człapią i gwiżdżą w błotnistych ulicach') i nie narzekać na 16 godzinne zmiany. Chodzić na randki w stołówkach, szyć sukienki ze spadochronów i nauczyć się, jak na kolację przygotować wiewiórkę. Próbuję i nie umiem. A Ważyk w mojej głowie od razu podpowiada: 'Czy zabrakło mi daru widzenia, czy daru wygodnej ślepoty?'


Ciekawe, że inni pisarze tak szybko znajdują mój punkt O, a Kiernan nie potrafi mnie przekonać do tej optymistycznej wersji wydarzeń, którą przedstawia w pisanej przez 7 lat książce. O swoich bohaterach pisze: 'Miałam niewątpliwy zaszczyt poznać ich, rozmawiać z nimi, a także wspólnie śmiać się i płakać, gdy opowiadali mi o swoim życiu w tajnym mieście.' Rozumiem, że stali się jej bliscy, a 'opowiedzenie historii bomby atomowej nie jest łatwym zadaniem, wymaga taktu i wrażliwości, umiejętnego balansowania pomiędzy entuzjazmem i radością a szacunkiem dla ofiar'. Im bardziej Kiernan jest zrównoważona, tym bardziej we mnie narasta złość i skupiam się na tych fragmentach, w których autorka ze spokojem opisuje, jak pierwszy raz w historii celowo zaprojektowano dzielnice nędzy, albo jak bezkarnie przeprowadzano eksperymenty na pewnym czarnoskórym pacjencie szpitala. 
I na koniec jednak klikam 'like' bo lubię, kiedy książka wyprowadza mnie z równowagi.

22:29, porzadek_alfabetyczny , a może tak a może nie
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 marca 2013

'Konstrukcja znośna, ale materiał chybiony'

Porównanie tej powieści do katedry jest słuszne, mamy tu do czynienia z projektem na ogromną skalę, mnóstwem tematów, wątków, połączonych w perfekcyjną całość.

Świetna do uważnego czytania i wyszukiwania kolejnych puzzli, które autor porozrzucał kilkaset stron od siebie.

Świetna dla czytelników-tropicieli zapożyczeń i szeptów między książkami.

Mnie niestety to nie bawi, jeśli na poziomie dialogów, obserwacji, języka, książka jest banalna. Na każdy wybrany przez Cabre temat ktoś już napisał przejmującą i oryginalną niewielką książkę i za tymi małymi książkami tęskniłam czytając 'Wyznaję'.

Cytat z zupełnie innej książki: 

'Niektórzy ludzie rodzą się z umiejętnością doceniania spokojnej i ustrukturyzowanej muzyki, takiej jak dzieła Bacha czy Handela. Widzą abstrakcyjne piękno jej matematycznych powiązań, jej symetrię i motywy. Ale Dicky nie należał do tego grona.(...) Dicky wiercił się jak pierwszoklasista w letniej szkole.(...)

Poszliśmy do małego baru, w którym właściciel grał na fortepianie jazz przy akompaniamencie kontrabasu i werbla. To niskobudżetowe zapoznanie z małym zespołem jazzowym okazało się dla Dicky'ego objawieniem. Instynktownie podchwycił towarzyszącą występowi atmosferę improwizacji. Niezaplanowana, nieuporządkowana, nieskrępowana, była dosłownie przedłużeniem jego osobowości- wszystkim, co mu się podobało w świecie.'(Towles 'Dobre wychowanie')

Wyznaję, wierciłam się czytając Cabre.

Dziękuję Wydawnictwu Marginesy za egzemplarz recenzencki.

 

 

 

18:51, porzadek_alfabetyczny , a może tak a może nie
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            


Najlepsze Blogi
Porządek Alfabetyczny
Utwórz swoją wizytówkę